Monday, May 29 2006 @ 04:27 AM CEST Autor: aa Odsłon: 114
Równocześnie z premierą w
Cannes na ekrany kin wszedł w Paryżu najnowszy film
Sofii Coppoli "Marie Antoinette"...Mimo historycznego
kostiumu amerykańska reżyserka kontynuuje wątki
rozpoczęte w poprzednich filmach "Virgine's Sucides" i
"Lost in Translation" - dlaczego kobieta? i dlaczego
musi zginąć? (Chciało by się zapytać parafrazując tytuł
jednego z feministycznych wykładów, jaki na ten temat
usłyszałam jeszcze w Polsce...) Po "niemożliwym"
dojrzewaniu nastolatki i zagubieniu młodej mężatki
Coppola portertuje królową Francji również jako
...zagubioną kobietę, na którą Historia wyda
niesprawiedliwy wyrok...Dość powiedzieć, że we Francji
tak "swobodne" potraktowanie tematu wywołuje
oburzenie...Nie tylko porgramy telewizyjne, gazety, ale
nawet jak przyszło mi stwierdzić ...blogi nie zostawiają
na filmie suchej nitki...Pokaz w Cannes podobno
zakończył się gwizdami... Maria-Antonina Coppoli to
nie tylko współczesna nastolatka z bogatej dzielnicy
Kalifornii, która zagubienie odreagowuje frenetycznym
shopingiem i bulimią (Maria-Antonina, gdy przybyła do
Wersalu miała 14 lat). To także kobieta niesłusznie
skazana przez rewolucję na przedwczesną śmierć i "czarną
legendę"...Wszak jedno z najokrutniejszych zdań w
dziejach Europy:"nie mają chleba, to niech jedzą
ciastka", które przypisywano francuskiej królowej, nigdy
nie padło...Wymyśliła je bulwarowa legenda,
poprzedniczka prasy typu "people". Maria-Antonina w
wykonaniu Kirtsen Dunst, w swym skansenie na tyłach
Wersalu otoczona barankami i kurami jest nie tylko
prekusorką sentymentalizm...ale pozuje na pionierkę
ekologii...A wszystko w estetyce prawie "Sex
Pistols"...Nie tylko Vivienne Westwood przeszła
"bezpiecznie" (?) tę drogę - od kreatorki stylu "punk"
do designerki brytyjskiej arystokracji...Także film
Coppoli wpisuje w centrum rojalistycznej legendy -
"uciśnienie"..."Ona się nudzi, a więc dużo wydaje,
lansuje nowe mody ubraniowe i fryzury..." - mówiła
reżyserka na konferencji prasowej...Niektórzy dopatrują
się w filmie akcentów autobiograficznych - dzieciństwa
Sofii na dworze Króla-Ojca, wielkiego Coppoli...Sama we
wczesnej młodości próbowała swych sił jako stylistka i
do dziś uchodzi za "Victim Fashion" - bogatą ciuchomankę
w stylu "Sex in the City" (w poście "Sasnal a moda"
zamieściłam plakat reklamowy Marca Jacobsa ze zdjęciem
Sofii Coppoli...). Zainspirowana książką Stefana
Zweiga, reżyserka podaje jako główne źródło inscenizacji
filmu książkę brytyjskiej pisarki historycznej Antonii
Frazer...Mnie najbardziej uderzyła uparta i - nie
przeczę - całkowicie przekonująca siła pokazywania
kobiet zawsze nieprzystosowanych i w rozminięciu z
rzeczywistością, która zdaje się z nimi - ich
potrzebami, stylem myślenia i sposobem rozwoju - nie
liczyć...Gorzka feministyczna lekcja...A cóż jeśli
rojalistyczna? Ostatnia scena filmu pokazuje Wersal
zniszczony przez rewolucjonistów - zniszczone lustra i
kandelabry bolą jak zniszczone marzenia...Wizja a la
Krasiński...Bo właśnie ten film jest rodzajem wizji a
nie historycznej lekcji. Menueta tańczy się tu do muzyki
rockowej (czasami new romantic), a pary dworskich
bucików (zaprojektowane przez kultowego designera Sarah
Jessiki Parker - Manolo Blahnika) mieszają się z
Conversami....Punk i glamour, XVIII wiek i pop występują
na równych prawach w obronie kobiety...I jej prawa do
bogactwa? Wstrząsająca scena, w której królowa śpiewa na
swej dworskiej scenie prywatengo "sioła" (które zostało
utworzone nieopodal Wersalu i które można zwiedzać do
dzisiaj) przebrana za slugę z miotłą i w
chusteczce...Zaczęłam się zastanawiać czy moje odwieczne
poglądy na temat klas społecznych nie są zwykłymi
uprzedzeniami...Ta scena powinna urągać wszystkiemu co
wiemy na temat biedy i bogactwa, a jednak tak się nie
dzieje...
Gdy jako studentka pracowałam w Wersalu
jako opiekunka do dzieci, udałam się raz wraz z siostrą
mojej "patronki" i jej dziećmi oraz mymi podopiecznymi
na spacer do skansenu Marii-Antoniny...Pamiętam, że gdy
zaczęła ona mówić, że Maria-Antonina była dobra i
kochała ludzi i zwierzęta...pomyślałam, że Francuzki
czasami naprawdę niczego nie rozumieją...Tymczasem film
Coppoli właśnie mówi nam coś takiego...Czasami nawet
rojalizm może być wywrotowy...Nie wiem czy mit
założycielski współczesnej Francji - rewolucja -
wytrzyma taką próbę...Ja dzisiaj przyznaję tamtej
kobiecie - i Coppoli - rację...Po tym filmie ma się
wrażenie, że Historia obchodzi się czasami (jesli nie
często)z kobietami zbyt okrutnie...
początkowy kadr z filmu "Maria
Antonina" (2006)
"punk-rockowe" litery z
plakatu
Sofia Coppola i Kirsten Dunst w ubiegłą
środę w Cannes
"Maria Antonina" w koszu...(zdjęcie z
jednego z francuskich blogów)
Portret autorstwa
pani Vigee-Lebrun z 1785 roku znany jako "Maria Antonina
z różą" (jeden z filmowych kadrów pokazuje zresztą
królową pozującą znanej malarce - Vigee-Lebrun
namalowała około 30 portertów
Marii-Antoniny...)
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Marie Antoinette i Sofia Coppola
Autor: Anonymous dnia Wednesday, June 07 2006 @ 11:52 AM CEST
Bylam na premierze w Cannes.
Francuzi tupali, krzyczeli i gwizdali. W Polsce pisano, ze to z
powodu fatalnego poziomu filmu - nic bardziej blednego. Francuzi
byli oburzeni pokazaniem M.A. jako kobiety z krwi i kosci,
zagubionej i "wcisnietej" w gorset opresyjnej kultury Wersalu. A to
przeciez ona sama byla winna wybuchowi oczywszczajacej Rewolucji! ;)
Film nie jest najlepszy, ale feministyczny, owszem, owszem...
Joanna
Joanna