Friday, May 19 2006 @ 02:39 AM CEST Autor: aa Odsłon: 101
"Siła sztuki" - pierwsza
ogromna wystawa sztuki współczesnej we Francji, o której
sporo napisałam tydzień temu (taśmowego posta
wieloczęściowego) doczekała się krytyk w prasie. Są one
dosyć rozbieżne. W ogóle trzeba zaznaczyć, że środowiska
lewicowe nastawione są z dystansem do samej inicjatywy
(mówi się o niej: "nacjonalistyczna"), zgłoszonej i
przerpwoadzonej przez prawicę i to w chwili jej
natarcia. Dominique de Villepin, obecny premier, ogłosił
pomysł na dorocznych targach sztuki FIAC w październku
ubiegłego roku. I to właśnie jest powodem pierwszego
ataku ze strony dziennika "Le Figaro" (12 maja) na
wystawę w Grand Palais, która wymagała by o wiele
dłuższego przygotowania. "Frustracja przeważała u
znacznej części publiczności, która na próżno starała
się znaleźć jakiś cel tej tak obiecującej inscenizacji."
Same wątpliwości budziła ona wedle krytyka, któremu w
dzień wernisażu wystawa przypominałą wielką niedkończoną
budowę, pokazującą bez ładu i składu, a zwłaszcza żadnej
więzi między nimi - 15 małych pod-wystaw. Wyśmiewa on
także de Villepina jako pierwszego premiera, który
pomimo jednej z najgorszych pod względem nastrojów
społecznych kadencji doczekał się unieśmiertelnienia w
"ponurym" portrecie (sic!) pędzla Yana Pei Ming. Już to
targi, już to zabyt ułożony "butik mody" - mówiły
cytowane wypowiedzi zwiedzających, którzy wedle gazety
mieli wychodzić "zawiedzeni i zagubieni". Nawet
"mediatorzy" - specjalna służba powołnana w niektórych
muzeach, by tłumaczyć publiczności sztukę współczesną,
gubili się podobno w wyjaśnieniach. Odwrotnie twierdzi
tygodnik "Le Point" (11 maja), który "Siłę sztuki",
określoną jako "ExpoVillepin" nazywa "dobrą
niespodzianką". Druga po zorganizowanej w 1972 roku w
Pompidou narodowa wystawa pokazująca francuską sztukę ma
objawiać oblicze Francji jako "starego kraju", który ma
niezasłużenia sławę "zmęczonego" i który dysponuje
jeszcze paroma "źródłami odnowy domeny kreacji". Jest to
raczej "spokojna", ale jednak "siła" prawdziwej sztuki,
której brakuje tylko odrobiny śmiałości i bezczelności,
jaką mają artyści amerykańscy, by podbić światową
scenę... Dziennik "Le Monde" (10 maja) tymczasem ma
opinię podzieloną - "w rezultacie nie powstała ani
lekcja historii, jaką dają muzea, ani manifest; raczej
to rodzaj wielkiego jarmarku, a mniej targu...Nie
panorma, a spontaniczna suita..." Wątpliwości budzi
wybór artystów, nie tylko niektórzy się powtarzają, ale
jest kilka istotnych "braków". Przede wszystkim nie ma
znanej i w Polsce Sophie Calle, która będzie prezentować
Francję na Biennale w Wenecji w przyszłym roku....(W
odzielnym artykule "Le Monde" demaksuje przekręty w
organizowaniu przetargów i nieścisłości finansowe...)
Mimo wszystko wyróżnione zostają dwa "stanowiska" -
"Superobrona" Erica Troncy'ego i "Heimatlos/Dom" Loranda
Hegynyia (są to również dwa sporśród trzech, o których
napisałam!...). Artykuł kończy się słowami: "Ale ten
czar może być niebezpieczny. Zwiedzający, nie
przyzwyczajony do galerii i centrów sztuki, amator,
który przybył z Londynu lub Berlina, nie znający
sytuacji francuskiej sztuki, niestety może się zgubić w
powodzi nazwisk i dzieł, bez odniesienia i wytłumaczeń.
Przynajmniej zapamięta ten twórczy bałagan - znakt, że
we Francji aktywność i kreacja są pomysłowe i aż kipią.
A to był główny cel ekspozycji".