Tuesday, May 16 2006 @ 02:45 AM CEST Autor: aa Odsłon: 110
Już po wernisażu pierwszej we
Francji retrospektywy Cindy Sherman (jej jedno zdjęcie
na jednej z aukcji ostatnio w USA sprzedano za 400 000
dolarów). Prace w porządku chornologicznym od połowy lat
70-tych obejmują wszystkie serie fotografii artystki i
chcąc nie chcąc obrazują rodzaj "linearnego" rozwoju
pokazywania kobiecego ciała od przedstawień
"naturalnych" do "wynaturzonych" - od twarzy do maski,
fantasmagorii, groteski ("linearność" - zawiera też
dynamikę od zdjęć małych i czarno-białych do ogromych
kolorowych...). Tak zresztą nazywa się tekst Laury
Mulvey pomieszczony w katalogu - "Fantasmagorie
kobiecego ciała". Znana teroretyczka feministyczna
analizuje fotografie Sherman w w odniesieniu do teorii
feministycznej i polityki estetyki.
z serii "Portrety Holywood/Hamptons",
bez tytułu #408, 2002
z serii "Klaluni", bez
tytułu # 412, 2003
z serii "Starzy mistrzowie", bez
tytułu #225, 1990
W znanej serii "filmowej"
Film Still z połowy lat 70-tych - gdzie w opozycji do
feministycznego lęku w sztuce przed ukazywaniem
kobiecego ciała (nieskażonego patriarchalnym
spojrzeniem) Cindy Sherman portretuje się w pozach
stylizowanych na filmowe sceny, odwołując się do naszej
wrażliwości kinomanów. Przez parodię voyeryzmu oraz
efekt przekroczenia uprzedmiotoweinia w fakcie, że sama
jest artyską i własnym przedmiotem, widzianą i patrzącą,
autorką i modelką, siłą aktywną i pasywną - jej sceny
mają w sobie coś z wyzwalającej dekonstrukcji sposobów
patrzenia na kobiece ciało jak poddatne na zranienie,
zawsze erotyczne, wystawione do seksualnej konsumpcji.
Seria "Bez tytułu" z 1981 roku pokazuje w formacie
rozkładówki współczesne "panie Bovary" czekające na
telefon, rozpamiętujące utraconą miłość, kobiety we
wnętrzach zatopione w fantazmatach, a mimo to bardziej
"cielesne", zwłaszcza w oku widza. Być kobietą to być
wystawioną na spojrzenie, to być erotyczną
ofiarą. Inscenizacja "kobiecości jako maskarady" (to
tytuł znanego artykułu psychoanalitycznego Joan Riviere
z lat 20-tych) znajduje swoją kulminację w latach
80-tych w fotografiach z serii "Fashion", gdy Sherman
przeszła przez niezbyt satysfakcjonujące ją jaką artyskę
doświadczenie współpracy z przemysłem mody. W pracach
pojawi się cień, który towarzyszy jej do dzisiaj.
Wiadomo, że współpraca ze światem mody była wówczas
konfliktowa ze względu na odmowę estetyzacji. "Zaczęłam
wyśmiewać się nie z ubrań, ale z mody. Dodawałam sobie
szcztuczne blizny, aby się wydać brzydsza" - mówiła
artystka...Wcześniejsza a la filmowa, fetyszystyczna
estetyzacja ustąpi miejsca "pięknu" trudniejszemu,
ocierającemu sie o brzydotę, groteskę, abiekt
(kristevowski). Postmodernistyczny pastisz staje się
parodią genderowego obrazu kobiety przeznaczonej do
erotycznej konsumcji. Sherman odwraca kody uwodzenia i
elegancji. Stąd droga do serii "Starzy mistrzowie" i
"Portrety z Hollywood i Hamptons" jest już przetarta,
ale najpierw na fotografiach pokażą się - zamiast ciała
- maski, fragmenty, lalki, protezy. "Starzy mistrzowie"
mają coś z "Gargantui i Pantagruela" Rabelais'ego, jakąś
niewspółczesną chropowatość i anty-galmour, jednak nie
opuszcza ich tajemnicza aura. Ciało przestaje być gładką
inscenizacją z reklamy lub filmu, a staje się monstrum w
metamorfozie, anty-modą. Porterty bogatych cyber-kobiet
po operacjach plastycznych stają się nie symbolem
uprzywilejowanego dostępu do protezy młodości, ale
tragicznym zderzeniem z mitem, nieuchronnym spotkaniem
ze smiercią (ciekawe, że w serii "Holywood/Hamptons" nie
ma jak w pozostałych seriach mężczyzn ... Czy chodzi tu
o ten szczególny związek w reprezentacji kobiet i
śmierci?). Tekst Laury Mulvey próbuje na
posmodernistyczny sposób pokazać jak prace Sherman są
same w sobie swoją teorią, a także teorią
postmodernistycznej reprezentacji poruszającej się w
polu cytatu i pastiszu oraz rodzajem feministycznej
dekonstrukcji. Jednak brak odniesień literackich (które
powyżej powtykałam...) powoduje, że coś ważnego nie może
się tutaj dopowiedzieć. Oczywiście rację ma Mulvey
pisząc, że pod pracami Sherman widzianymi w
retrospektywie drzemie ukryty fantazmat ambiwalencji
kobiety w patriarchacie, dotyczący jej ciała i
podmiotowości. Nieustanna re-reprezentacja powoduje, że
"wykluczeni" wracają ze zdwojoną mocą jak napadające nas
monstra - zmarszczki, tłuszcz, celulitis, wymioty, krew
menstruacyjna. Każde (kobiece) piękno podszyte jest
warstą skrajnego niepokoju. Widziane poprzez pryzmat
późnych prac ukazują to wczesne fotografie Sherman. Bez
wątpienia. Jednak to, co najmniej konwencjonalne .... to
właśnie konwencjonalność przedstawień artystki.
Najtrudniejsza jest ich prostota, najmniej oczywista
oczywistość. To prawda, że prace Sherman można traktować
jak rodzaj kobiecego świadectwa... Ale też ich ewolucja,
w której Mulvey widzi projekt 'defetyszyzacji' kobiecego
ciała jest zarazem przede wszystkim opowieścią o
starzeniu się kobiety...Najpierw widzialna młoda
boahterka sceny społecznego spektaklu i zbiorowej
wyobraźni staje się "niewidzialną" starzejącą się
a-erotyczną osobą (już nie kobietą?) poza spojrzeniem
(zawsze męskim) jak niepotrzebny klaun...(Ostatnia
pokazywana seria z lat 2003-2004 to właśnie "Klauni"...)
Śmieszny, spragniony miłości klaun poza dostępem do
władzy uwodzenia i władzy autorytetu... Cindy Sherman
jest jedną z pierwszych artystek, których kariera
rozwija się równolegle z początkiem i rozwojem
feminizmu. Jej sztuka może być czytana jako rodzaj
zapisu feministycznej teorii reprezentacji czy czytanego
feministycznie kobiecego doświadczenia bycia w kulturze,
które ciągle się dzieje i jeszcze dużo upłynie czasu
zanim zostanie ono choć bazowo opisane... No i ta
kultura, jeśli nie potrafimy trzymać się dość mocno
nawet iluzorycznych alterantyw, rozczarowuje...I to
rozczarowanie widać w pracach Sherman - choć one same
oczywiście są po stronie jego
przeciwieństwa....
z serii "Portrety Holywood/Hamptons",
bez tytułu #360, 2002