Blog Agaty Araszkiewicz Blog Agaty Araszkiewicz    

Odrobina prywaty: mój dom (przyjaźń w czasach mediów)

   

GeekLogZupełnie przypadkiem natknęłam się niedawno na zadziwjący wpis w blogu Izabeli Filipiak, pisarki, której niegdyś byłam studentką i bliskiej znajomej (z którą pozostaję w mailowym kontakcie) pod datą 11-06-2005 na stronach Parnas.pl (http://www.parnas.pl/index.php?co=blog&id=17&idb=123). Opisuje ona jak wzięła udział w programie Kanał Kultura Kingi Dunin i Sławomira Sierakowskiego (o ile wiem tam występuje także Joanna Szymczyk, ale nie jestem pewna, Filipiak opisuje kogoś skrótowo jako "jedna młoda laska"):

"Potem jedziemy z Kingą do Szpulki, tam rozmawiamy trochę o Paryżu. O tym, że Agata Araszkiewicz miała pretensje do uczestników o to, że popsuli jej konferencję i dała temu wyraz w "Czasie Kultury". A przecież organizacja tego nie była znakomita. Można było zaprosić mniej uczestników, mniej gości, a wtedy starczyłoby kasy na tłumaczenie symultaniczne, znaleźć studentów, którzy zrobiliby za pół ceny to, bez czego inteligentnym, bystrym Francuzkom opadały skrzydła, a tempo nieuchronnie się zatracało. Agata wystąpiła w ostatnich Obcasach, zaprosiła gazetę do swojego domu. Psy i papugi, inteligentny, wyrafinowany wystrój, przy którym trudno, choćby wbrew sobie i na przekór nie podziwiać Kazi Szczuki, która przynajmniej na pewno na każdą rzecz w swoim domu zarobiła sama. Chcąc nie chcąc wyobrażam sobie "nasze latyfundia" opisane w tym samym stylu, powiedzmy, jako rodzinny dom pisarki: "A tu widzimy kran, przy którym dość oryginalnie brakuje prysznica! Gorąca woda wylewa się zatem wprost na plastykowe kurki z Klifu, które w takim razie zakręcać trzeba i odkręcać bardzo szybko, inaczej woda może poparzyć palce! Wanna solidna, żeliwna, pomalowana na seledynowo farbą do malowania statków, liczy sobie dobre czterdzieści lat!" I tak dalej, i tak dalej."


(Zanim przejdę dalej chciałam skorzystać z okazji i umieścić - co znakomicie się tu nadaje - wykonane na tle "moich "inkryminowanych" latyfundiów" zdjęcia z mojej prywatnej osobistej akcji "Tiszert dla wolności" - pozdrowienia dla Antka Adamowicza! - pod hasłem: "Oui, je suis slave!"...Na ulicach Paryża zdarza mi się często być zatrzymywaną przez pytania czy jestem z Europy Środkowej, niektórzy mówią po rosyjsku, chcąc się wydać mili, w zimie pytają o śnieg, w lecie o dzikie zwierzęta...Prawdopodobnie chodzi o rysy mojej twarzy...Postanowiłam odpowiedzieć na to projektem tiszerta, który wykorzystuje logo mojego blogu "Flaneriaa!" - oraz jego odmiany - z podpisem w tłumaczeniu: "Tak, jestem Słowianką"!. Autorką projektów i zdjęć jest moja siostra Magda Araszkiewicz.)



No cóż, szkoda słów...Odnaleźć taki wpis i to w wypadku osoby, z którą utrzymuje się kontakt i która o tym nie powiadamia...Konferencja, o której mówi Filipiak była współ-zorganizowana przeze mnie (wraz z Agnieszką Grudzińską) w Sezonie Polskim w Paryżu i pomimo, że cieszyła się ona dobrą opinią merytoryczną (np. u władz Sezonu) i pod tym względem była sukcesem (i jedynym genderowym wydarzeniem tego typu), panował na niej jakiś ...niezrozumiały przeze mnie...duch klęski towarzyskiej... Samo określenie "tanie tłumaczenie symultaniczne", nie wiem czy Iza zdaje sobie z tego sprawę, jest oksymoronem, ponadto wydaje mi się, że wyjaśniałam jej, iż wynikło nieporozumienie na krótko przed początkiem - kabiny od telekonferencji zostały mylnie wzięte przez Grudzińską za te do tłumaczenia symultanicznego - i trzeba było przejść na system bardziej prymarny dwujęzycznych referatów. W tym zdarzało się niestety, że niektóre tłumaczenia były niekompletne, jak w przypadku Filipiak, za co ją wielokrotnie przepraszałam. Ponadto większość osób była świadoma, że nie ja odpowiadam za zaplecze techniczne, skoro sama była gościem na tym uniwersytecie, podobnie jak inni... Odpowiadałam za całość konceptualną i kształt wizyty polskiej i przykro mi, że Filipiak ani Dunin nie doceniają obecności innych, może nie tak ważnych jako one osób, ale według mnie mających także ciekawe rzeczy światu do powiedzenia...Poza tym konferencja była częścią szerszego projektu związanego z wystawą "Polka" i zależało mi, aby, prócz międzynarodowych autorytetów, jak najwięcej zaangażowanych w tę pracę osób było obecnych... Co do obecności Francuzek, nie wydaje mi się aby słabości organizacyjne zdumiały je bardziej, niż wystąpienie Kazimiery Szczuki i Moniki Grodzkiej na zakończenie, w którym słuchacze dowiedzieli się, że "Słowianie to plemię, które zawsze było wykorzystywane, upokarzane i gwałcone przez Europę Zachodnią i ma to miejsce nadal po wejściu do Unii Europejskiej"...Może dobrze, że obecność owych "wspaniałych Francuzek" nie była tak liczna, część osób po prostu opuściła salę...Nie dziwię się, że Kina Dunin narzeka na braki organizacyjne, pamiętam, że w tamtej chwili krzyczała: "jedyne słowa prawdy na tej konferencji!"...
Dość powiedzieć, że mimo iż konferencja była częścią projektu "Polka", o wernisażu samej wystawy, która miała miejsce parę miesięcy później w Zuju dowiedziałam się z ...prenumerowanych przeze mnie gazet. Pracowałyśmy wspólnie z Agnieszką Zawadowską i Kazią Szczuką razem tyle lat, ale nigdy nie podpisywałyśmy umów, zawsze była mowa o "zaufaniu"...
Tekst do "Czasu Kultury" napisałam dlatego, że byłam po tym wszystkim oniemiała i chciałam zrozumieć jakiego typu właściwie mechanizmy się tu uruchomiły (zakładałam, że jeżeli ktoś nie miał ochoty, to po prostu nie przyjechał...) ...Chciałam opisać "polski świr", ale bez tworzenia donosu...Chciałam zanalizować zarządzające nim kompleksy wyższości/niższości - część czytelników mówiła mi, że się to udało.
Teraz wypowiadam się na łamach blogu, odpowiadając bezpośrednio na atak Filipiak, a więc i prawa gatunku są inne.
Cóż więc zarzuca mi Filipiak? Sama chciała przenieść tę konferencję do Berkley. Dysponuję jeszcze mailem od niej, gdzie napisała mi, że "prędzej się potnie żyletką, niż zaprosi całe to towarzystwo". Ilość toksyn, intryg, obmowy rzeczywiście w naszym środowisku (feministycznym? polskim?) jest dość duży. Co spowodowało, że Filipiak zmieniła opcję? Rzecz dzieje się po programie, wprawdzie o niskiej oglądalności, ale telewizyjnym, do którego zaprosiła ją Kinga...Ja mogłam tylko zaoferować zaproszenie na zbyt "tłoczną" konferencję...
A do tego Filipiak - co najciekawsze! - w swoim ataku płynnie przechodzi do "Obcasów", w których opisano moje mieszkanie....A dokładnie opisała je Paulina Reiter...
Przez wiele lat odbywały się u mnie spotkania z okazji najróżniejszych feministycznych świąt. Bywała na nich Paulina, bywały i Obie Panie (podobnie jak Szczuka etc.). Jak różne wnioski można wyciągnąć z częstego przychodzenia do kogoś? Paulina opisała, jak mi się zdaje, moje mieszkanie nie tylko z powodów zawodowych, ale także dlatego, że chciała, na pamiątkę, właściwie po tym jak już wyjechałam z kraju...Zdjęcia zrobiono na dzień przed wyprowadzką...Filipiak i Dunin konstatują zaś nagle z oburzeniem, że patrząc na mój "inteligentny, wyrafinowany gust" trudno im niejako "z przekorą i wbrew sobie" nie podziwiać Kazi Szczuki, która "przynajmniej na każdą rzecz w domu zarobiła sama"...
Skąd w ogóle ten pomysł? Czyżbym ukradła pieniądze z konferencji i za to udekorowała sobie dom, jak żartował jeden z moich przyjaciół, który odnalazł ten wpis? Zamazana aluzja Filipiak dotyczy mojej sytuacji rodzinnej i mego (raczej znanego z pracowitości) męża, który nie jest ani fabrykantem, ani buissnesmenem...Ubolewam, że ani Dunin, ani Filipiak nikogo takiego nie mają, a same nie zarabiają wystarczająco dużo...(z drugiej strony istnieją pisarze i to nie tylko marni, których książki sprzedają się dobrze i którzy nie muszą narzekać...). I nie chodzi przecież o to, że nie pracuję...Wszak piszę, wydałam książkę, wykładałam na uniwersytecie. wiadomo, że nie jest to zbyt popłatne...Ale niestety nie ciągnie mnie do mediów, ani do telewizji...
Szkoda też, że przenikliwość pisarska nie pozwoliła dostrzec w dekoracji moich ścian - prezentu od siostry (był podpis pod zdjęciem), architektki wnętrz i dekoratorki, która większość pasków, szachownic i esów-floresów wykonała sama (przyznaję ze wstydem w ramach darmowej pracy), na kolanach, czasami przy naszej pomocy. Mieszkanie kupiliśmy na kredyt, w postaci meliny pijackiej do remontu (plan został wykonany przez naszą sąsiadkę, panią Kuhn, o której w "Obcasach" nie było napisane...)
Oczywiście jest mi przykro, że wanna Filipiak jest zardzewiała...ale może gdyby tak z kretesem nie kładła na mnie kreski, przyszło by jej do głowy, żeby wziąć pędzel lub wałek na stare łaty...Może nawet pożyczyłabym trochę farby, jeśli z kolei puszki w piwnicy nie pordzewiały...

Wtajemniczeni wiedzą, że trudno mi wypowiadać się na temat Kazi Szczuki, od kiedy ogłosiła ona w jakimś piśmie kobiecym o zżerającej nas onegdaj rywalizacji. No cóż, przyjaźń w czasach mediów już nigdy nie jest tym samym. Swoje stare mieszkanie Kazia kupiła za spadek o ile mi wiadomo, pochodziła z niegdyś bogatej rodziny. Ja pochodzę o rodziny ubogiej, z prowincji. O ileż lepiej bym na tym wyszła, gdybym przyjeżdżając do Warszawy wybrała karierę w reklamie?
Szczuka mi mówiła swego czasu, że chciałaby mieszkać tam, gdzie ja. Dziś, o ile wiem, za zarobione pieniądze, kupiła mieszkanie na sąsiedniej ulicy (choć w "Wysokich Obcasach" tydzień po mnie wychwalała zalety mieszkania na Saskiej Kępie...). Tyle, że my swoje sprzedajemy, ponieważ wyjeżdżamy...

Mam czasami wrażenie, że w feminizmie, który tak świetnie prześwietlił mechanizmy patriarchalnej nienawiści wobec kobiet, jest więcej wzajemnej pogardy dla kobiet niż poza nim. Czyżby feminizm patriarchalny i jego polska odmiana?...
Czuję się wykluczona, upokorzona i atakowana w moim własnym środowisku bez powodów merytorycznych (za mieszkanie, styl życia, wygląd...). Choć od dawna przecież myślę i piszę z jego marginesów, z ubocza, nie spośród świateł gwiazdorskich reflektorów i staram się trzymać poziom mej nie-medialnej pracy. Mieszkam poza Polską.

Szkoda, że Filipiak nie widzi, że czasami medialność w ogóle nie służy sprawie i zmianie sytuacji, a raczej poszczególnym osobom, które się jej poddają...To zadziwiające ile w Polsce, kraju tak zacofanym pod względem praw kobiet, mamy feministek medialnych...Im jest gorzej, tym ich więcej...Nigdy nie byłam frontmeńską działaczką, choć organizowałąm Manify i robiłam to dla Sprawy..., zgodnie z tym nie mam złotej recepty na trudną sytuację, ale też nikomu tego nie wmawiam...Nie muszę więc wyładowywać swojej frustracji na innych.

Co zaś się tyczy mojego domu, są też i pozytywne nowiny...Moje paryskie mieszkanie, które utrzymuję ze stypendium jest raczej skromne, ale mój mąż, który w Brukseli rozpoczął pracę w międzynarodowych instytucjach znalazł prawdziwą perłę. Wprawdzie w lichej (polsko-arabskiej) dzielnicy (Bruksela jest dzisiaj wstrząśnięta po tragicznej śmierci 17-latka zamordowanego przez swego rówieśnika Polaka na tle rabunkowym...), ale dom jest blisko pracy i centrum, i uosabia typowy brukselski dom z obrazów Magritte'a, których jest coraz mniej w tej postaci...Bruksela składa się z domków, przestrzeń jest tam dużo tańsza niż w Warszawie. Ten pochodzi z 1905 roku i cechuje go obecność fresków przy wejściu autorstwa pejzażysty z epoki (Josh van Genegen), a także zabytkowy ustęp z angielskiej porcelany (niech w nim zginą wszystkie złe moce!!!...), który został zreprodukowany nawet w jednym z albumów o brukselskich wnętrzach...Wynajęliśmy go od włoskiej feministki (zajmującej się programami walki z moralnym molestowaniem w krajach Unii Europejskiej), która zostawiła nam żyrandol po swej prababce z Rzymu z połowy XIX wieku... Witaj przygodo! Dla wszystkich przyjaciół, znajomych i wszystkich dobrych duchów, ten dom będzie stał zawsze otworem!!!


Odrobina prywaty: mój dom (przyjaźń w czasach mediów) | 0 komentarzy |
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
 Prawa Autorskie © 2007 Blog Agaty Araszkiewicz
 Wszelkie znaki handlowe i prawa autorskie należą do ich właścicieli.
Wersja Geeklog 
Strona wygenerowana w 0.33 sekund