Thursday, April 27 2006 @ 07:16 PM CEST Autor: aa Odsłon:
228
Zupełnie przypadkiem natknęłam
się niedawno na zadziwjący wpis w blogu Izabeli
Filipiak, pisarki, której niegdyś byłam studentką
i bliskiej znajomej (z którą pozostaję w mailowym
kontakcie) pod datą 11-06-2005 na stronach Parnas.pl
(http://www.parnas.pl/index.php?co=blog&id=17&idb=123).
Opisuje ona jak wzięła udział w programie Kanał
Kultura Kingi Dunin i Sławomira Sierakowskiego
(o ile wiem tam występuje także Joanna Szymczyk,
ale nie jestem pewna, Filipiak opisuje kogoś
skrótowo jako "jedna młoda laska"):
"Potem jedziemy z Kingą do Szpulki, tam rozmawiamy
trochę o Paryżu. O tym, że Agata Araszkiewicz
miała pretensje do uczestników o to, że popsuli
jej konferencję i dała temu wyraz w "Czasie
Kultury". A przecież organizacja tego nie była
znakomita. Można było zaprosić mniej uczestników,
mniej gości, a wtedy starczyłoby kasy na tłumaczenie
symultaniczne, znaleźć studentów, którzy zrobiliby
za pół ceny to, bez czego inteligentnym, bystrym
Francuzkom opadały skrzydła, a tempo nieuchronnie
się zatracało. Agata wystąpiła w ostatnich Obcasach,
zaprosiła gazetę do swojego domu. Psy i papugi,
inteligentny, wyrafinowany wystrój, przy którym
trudno, choćby wbrew sobie i na przekór nie
podziwiać Kazi Szczuki, która przynajmniej na
pewno na każdą rzecz w swoim domu zarobiła sama.
Chcąc nie chcąc wyobrażam sobie "nasze latyfundia"
opisane w tym samym stylu, powiedzmy, jako rodzinny
dom pisarki: "A tu widzimy kran, przy którym
dość oryginalnie brakuje prysznica! Gorąca woda
wylewa się zatem wprost na plastykowe kurki
z Klifu, które w takim razie zakręcać trzeba
i odkręcać bardzo szybko, inaczej woda może
poparzyć palce! Wanna solidna, żeliwna, pomalowana
na seledynowo farbą do malowania statków, liczy
sobie dobre czterdzieści lat!" I tak dalej,
i tak dalej."
(Zanim przejdę dalej chciałam skorzystać z okazji
i umieścić - co znakomicie się tu nadaje - wykonane
na tle "moich "inkryminowanych" latyfundiów"
zdjęcia z mojej prywatnej osobistej akcji "Tiszert
dla wolności" - pozdrowienia dla Antka Adamowicza!
- pod hasłem: "Oui, je suis slave!"...Na ulicach
Paryża zdarza mi się często być zatrzymywaną
przez pytania czy jestem z Europy Środkowej,
niektórzy mówią po rosyjsku, chcąc się wydać
mili, w zimie pytają o śnieg, w lecie o dzikie
zwierzęta...Prawdopodobnie chodzi o rysy mojej
twarzy...Postanowiłam odpowiedzieć na to projektem
tiszerta, który wykorzystuje logo mojego blogu
"Flaneriaa!" - oraz jego odmiany - z podpisem
w tłumaczeniu: "Tak, jestem Słowianką"!. Autorką
projektów i zdjęć jest moja siostra Magda Araszkiewicz.)
No cóż, szkoda słów...Odnaleźć taki wpis i to
w wypadku osoby, z którą utrzymuje się kontakt
i która o tym nie powiadamia...Konferencja,
o której mówi Filipiak była współ-zorganizowana
przeze mnie (wraz z Agnieszką Grudzińską) w
Sezonie Polskim w Paryżu i pomimo, że cieszyła
się ona dobrą opinią merytoryczną (np. u władz
Sezonu) i pod tym względem była sukcesem (i
jedynym genderowym wydarzeniem tego typu), panował
na niej jakiś ...niezrozumiały przeze mnie...duch
klęski towarzyskiej... Samo określenie "tanie
tłumaczenie symultaniczne", nie wiem czy Iza
zdaje sobie z tego sprawę, jest oksymoronem,
ponadto wydaje mi się, że wyjaśniałam jej, iż
wynikło nieporozumienie na krótko przed początkiem
- kabiny od telekonferencji zostały mylnie wzięte
przez Grudzińską za te do tłumaczenia symultanicznego
- i trzeba było przejść na system bardziej prymarny
dwujęzycznych referatów. W tym zdarzało się
niestety, że niektóre tłumaczenia były niekompletne,
jak w przypadku Filipiak, za co ją wielokrotnie
przepraszałam. Ponadto większość osób była świadoma,
że nie ja odpowiadam za zaplecze techniczne,
skoro sama była gościem na tym uniwersytecie,
podobnie jak inni... Odpowiadałam za całość
konceptualną i kształt wizyty polskiej i przykro
mi, że Filipiak ani Dunin nie doceniają obecności
innych, może nie tak ważnych jako one osób,
ale według mnie mających także ciekawe rzeczy
światu do powiedzenia...Poza tym konferencja
była częścią szerszego projektu związanego z
wystawą "Polka" i zależało mi, aby, prócz międzynarodowych
autorytetów, jak najwięcej zaangażowanych w
tę pracę osób było obecnych... Co do obecności
Francuzek, nie wydaje mi się aby słabości organizacyjne
zdumiały je bardziej, niż wystąpienie Kazimiery
Szczuki i Moniki Grodzkiej na zakończenie, w
którym słuchacze dowiedzieli się, że "Słowianie
to plemię, które zawsze było wykorzystywane,
upokarzane i gwałcone przez Europę Zachodnią
i ma to miejsce nadal po wejściu do Unii Europejskiej"...Może
dobrze, że obecność owych "wspaniałych Francuzek"
nie była tak liczna, część osób po prostu opuściła
salę...Nie dziwię się, że Kina Dunin narzeka
na braki organizacyjne, pamiętam, że w tamtej
chwili krzyczała: "jedyne słowa prawdy na tej
konferencji!"...
Dość powiedzieć, że mimo iż konferencja była
częścią projektu "Polka", o wernisażu samej
wystawy, która miała miejsce parę miesięcy później
w Zuju dowiedziałam się z ...prenumerowanych
przeze mnie gazet. Pracowałyśmy wspólnie z Agnieszką
Zawadowską i Kazią Szczuką razem tyle lat, ale
nigdy nie podpisywałyśmy umów, zawsze była mowa
o "zaufaniu"...
Tekst do "Czasu Kultury" napisałam dlatego,
że byłam po tym wszystkim oniemiała i chciałam
zrozumieć jakiego typu właściwie mechanizmy
się tu uruchomiły (zakładałam, że jeżeli ktoś
nie miał ochoty, to po prostu nie przyjechał...)
...Chciałam opisać "polski świr", ale bez tworzenia
donosu...Chciałam zanalizować zarządzające nim
kompleksy wyższości/niższości - część czytelników
mówiła mi, że się to udało.
Teraz wypowiadam się na łamach blogu, odpowiadając
bezpośrednio na atak Filipiak, a więc i prawa
gatunku są inne.
Cóż więc zarzuca mi Filipiak? Sama chciała przenieść
tę konferencję do Berkley. Dysponuję jeszcze
mailem od niej, gdzie napisała mi, że "prędzej
się potnie żyletką, niż zaprosi całe to towarzystwo".
Ilość toksyn, intryg, obmowy rzeczywiście w
naszym środowisku (feministycznym? polskim?)
jest dość duży. Co spowodowało, że Filipiak
zmieniła opcję? Rzecz dzieje się po programie,
wprawdzie o niskiej oglądalności, ale telewizyjnym,
do którego zaprosiła ją Kinga...Ja mogłam tylko
zaoferować zaproszenie na zbyt "tłoczną" konferencję...
A do tego Filipiak - co najciekawsze! - w swoim
ataku płynnie przechodzi do "Obcasów", w których
opisano moje mieszkanie....A dokładnie opisała
je Paulina Reiter...
Przez wiele lat odbywały się u mnie spotkania
z okazji najróżniejszych feministycznych świąt.
Bywała na nich Paulina, bywały i Obie Panie
(podobnie jak Szczuka etc.). Jak różne wnioski
można wyciągnąć z częstego przychodzenia do
kogoś? Paulina opisała, jak mi się zdaje, moje
mieszkanie nie tylko z powodów zawodowych, ale
także dlatego, że chciała, na pamiątkę, właściwie
po tym jak już wyjechałam z kraju...Zdjęcia
zrobiono na dzień przed wyprowadzką...Filipiak
i Dunin konstatują zaś nagle z oburzeniem, że
patrząc na mój "inteligentny, wyrafinowany gust"
trudno im niejako "z przekorą i wbrew sobie"
nie podziwiać Kazi Szczuki, która "przynajmniej
na każdą rzecz w domu zarobiła sama"...
Skąd w ogóle ten pomysł? Czyżbym ukradła pieniądze
z konferencji i za to udekorowała sobie dom,
jak żartował jeden z moich przyjaciół, który
odnalazł ten wpis? Zamazana aluzja Filipiak
dotyczy mojej sytuacji rodzinnej i mego (raczej
znanego z pracowitości) męża, który nie jest
ani fabrykantem, ani buissnesmenem...Ubolewam,
że ani Dunin, ani Filipiak nikogo takiego nie
mają, a same nie zarabiają wystarczająco dużo...(z
drugiej strony istnieją pisarze i to nie tylko
marni, których książki sprzedają się dobrze
i którzy nie muszą narzekać...). I nie chodzi
przecież o to, że nie pracuję...Wszak piszę,
wydałam książkę, wykładałam na uniwersytecie.
wiadomo, że nie jest to zbyt popłatne...Ale
niestety nie ciągnie mnie do mediów, ani do
telewizji...
Szkoda też, że przenikliwość pisarska nie pozwoliła
dostrzec w dekoracji moich ścian - prezentu
od siostry (był podpis pod zdjęciem), architektki
wnętrz i dekoratorki, która większość pasków,
szachownic i esów-floresów wykonała sama (przyznaję
ze wstydem w ramach darmowej pracy), na kolanach,
czasami przy naszej pomocy. Mieszkanie kupiliśmy
na kredyt, w postaci meliny pijackiej do remontu
(plan został wykonany przez naszą sąsiadkę,
panią Kuhn, o której w "Obcasach" nie było napisane...)
Oczywiście jest mi przykro, że wanna Filipiak
jest zardzewiała...ale może gdyby tak z kretesem
nie kładła na mnie kreski, przyszło by jej do
głowy, żeby wziąć pędzel lub wałek na stare
łaty...Może nawet pożyczyłabym trochę farby,
jeśli z kolei puszki w piwnicy nie pordzewiały...
Wtajemniczeni wiedzą, że trudno mi wypowiadać
się na temat Kazi Szczuki, od kiedy ogłosiła
ona w jakimś piśmie kobiecym o zżerającej nas
onegdaj rywalizacji. No cóż, przyjaźń w czasach
mediów już nigdy nie jest tym samym. Swoje stare
mieszkanie Kazia kupiła za spadek o ile mi wiadomo,
pochodziła z niegdyś bogatej rodziny. Ja pochodzę
o rodziny ubogiej, z prowincji. O ileż lepiej
bym na tym wyszła, gdybym przyjeżdżając do Warszawy
wybrała karierę w reklamie?
Szczuka mi mówiła swego czasu, że chciałaby
mieszkać tam, gdzie ja. Dziś, o ile wiem, za
zarobione pieniądze, kupiła mieszkanie na sąsiedniej
ulicy (choć w "Wysokich Obcasach" tydzień po
mnie wychwalała zalety mieszkania na Saskiej
Kępie...). Tyle, że my swoje sprzedajemy, ponieważ
wyjeżdżamy...
Mam czasami wrażenie, że w feminizmie, który
tak świetnie prześwietlił mechanizmy patriarchalnej
nienawiści wobec kobiet, jest więcej wzajemnej
pogardy dla kobiet niż poza nim. Czyżby feminizm
patriarchalny i jego polska odmiana?...
Czuję się wykluczona, upokorzona i atakowana
w moim własnym środowisku bez powodów merytorycznych
(za mieszkanie, styl życia, wygląd...). Choć
od dawna przecież myślę i piszę z jego marginesów,
z ubocza, nie spośród świateł gwiazdorskich
reflektorów i staram się trzymać poziom mej
nie-medialnej pracy. Mieszkam poza Polską.
Szkoda, że Filipiak nie widzi, że czasami medialność
w ogóle nie służy sprawie i zmianie sytuacji,
a raczej poszczególnym osobom, które się jej
poddają...To zadziwiające ile w Polsce, kraju
tak zacofanym pod względem praw kobiet, mamy
feministek medialnych...Im jest gorzej, tym
ich więcej...Nigdy nie byłam frontmeńską działaczką,
choć organizowałąm Manify i robiłam to dla Sprawy...,
zgodnie z tym nie mam złotej recepty na trudną
sytuację, ale też nikomu tego nie wmawiam...Nie
muszę więc wyładowywać swojej frustracji na
innych.
Co zaś się tyczy mojego domu, są też i pozytywne
nowiny...Moje paryskie mieszkanie, które utrzymuję
ze stypendium jest raczej skromne, ale mój mąż,
który w Brukseli rozpoczął pracę w międzynarodowych
instytucjach znalazł prawdziwą perłę. Wprawdzie
w lichej (polsko-arabskiej) dzielnicy (Bruksela
jest dzisiaj wstrząśnięta po tragicznej śmierci
17-latka zamordowanego przez swego rówieśnika
Polaka na tle rabunkowym...), ale dom jest blisko
pracy i centrum, i uosabia typowy brukselski
dom z obrazów Magritte'a, których jest coraz
mniej w tej postaci...Bruksela składa się z
domków, przestrzeń jest tam dużo tańsza niż
w Warszawie. Ten pochodzi z 1905 roku i cechuje
go obecność fresków przy wejściu autorstwa pejzażysty
z epoki (Josh van Genegen), a także zabytkowy
ustęp z angielskiej porcelany (niech w nim zginą
wszystkie złe moce!!!...), który został zreprodukowany
nawet w jednym z albumów o brukselskich wnętrzach...Wynajęliśmy
go od włoskiej feministki (zajmującej się programami
walki z moralnym molestowaniem w krajach Unii
Europejskiej), która zostawiła nam żyrandol
po swej prababce z Rzymu z połowy XIX wieku...
Witaj przygodo! Dla wszystkich przyjaciół, znajomych
i wszystkich dobrych duchów, ten dom będzie
stał zawsze otworem!!!